Dzień zaczęłyśmy wcześnie jak na Hiszpańskie zwyczaje, czyli już o 10 zwarte i gotowe ruszamy na zwiedzanie parku Guell. Bardzo prosto można sie tam dostać z metra Lesseps. Park to jeden z projektów nie kogo innego jak Gaudiego. Wchodzimy na punkt widokowy gdzie rozpościera sie kapitalny widok na miasto i morze. Widzimy nawet nasz następny cel zwiedzania czyli Sagrada Familie. W samym Guell atrakcja jest dluuuga ławka, z pięknymi wyłożonymi kamyczkami ala mozaika. Szkoda ze innym tez sie podoba bo tłum ludzi przeszkadza w całkowitym zachwycie:) Można jeszcze podziwiać most wybudowany na kilkunastu kolumnach...i pewnie kilka innych rzeczy ale z Marta poprzestałyśmy na wysłuchaniu grajków i ruszyłyśmy dalej. Jako ze jesteśmy przekrętne weszłyśmy wyjściem, a wychodzimy głównym wejściem gdzie widzimy fontannę i smoka -prze straszliwego :p
Następny punkt to kościół, ale jaki! Najważniejszy w Barcelonie :) Na pewno wskazuje na to długa kolejka tych próbujących dostać sie do środka. Zadowalamy sie obejściem dookoła, dosłownie dookoła gdyż całość jest ogrodzona :/
Piechotką przechodzimy ku kolejnym projektom Gaudiego czyli La Pedra potocznie znanemu jako kamieniołomem. A jest to nic innego jak powyginany w rożne strony budynek z rzeźbami na dachu. Ulica Pg. Gracia kierujemy sie na południe i mijamy Casa Batllo, Casa Amatller (te kolorowe doki z każdej widokówki)....i dochodzimy do najtłumniejszej ulicy w Barcelonie czyli La Rambla. Widok tłumów jest niesamowity. Ciekawym spektaklem okazuje sie również grupa ciemnoskórych sprzedających co sie da na ulicy i uciekajacych na widok policji w tempie sprinterów olimpijskich.
Z La Rabbli skręcamy najpierw w prawo i plątamy sie wąskimi uliczkami do czasu gdy znajdujemy piekarnie i bagietki, a następnie miły zakątek pod Muzeum Art gdzie można je spożyć przyglądając sie młodzieży skaczącej na deskorolkach.
Natomiast gdy z La Rambli skręciłyśmy w lewo, znalazłyśmy sie w słynnej dzielnicy Bari Gotic. Uliczki jeszcze węższe, ludzi tłum i dużo do zwiedzania. Na pierwszy ogień plac der Rei i dwa pałace na przeciwko siebie. Trochę dalej w głębi katedra. Nie małym zaskoczeniem było gdy wewnątrz ujrzałyśmy przechadzające sie po dziedzińcu gęsi.... cóż, czemu nie. Podobno symbolizują czystość i dziewiczość patronki :D
Po tych wędrówkach wracamy na mieszkanie na krotki odpoczynek. Herbatka/ kawka i opowieści o meksykańskiej muzyce stawia nas na nogi, możemy ruszać na miasto! Miały byc grające i kolorowe fontanny na placu Espanya, ale takowych nie bylo, chyba troche sie spóźniliśmy. Idziemy wiec posłuchać muzyki od miejscowych grajków ulicznych. Potem wzdłuż wybrzeża dochodzimy az do części rozrywkowej z licznymi dyskotekami. Nie dla nas jednak te klimaty i po jednym tańcu salsy zmieniamy klub na iście studencki zarówno wystrojem jak i cenami przytułek pod nazwa "czarna owca" :D
Tutaj próbuje sangi oraz przeróżnych mies i wędlin. Po drugiej stwierdzamy ze warto byłoby zacząć myśleć o powrocie do domu i łóżku: )