Dzień rozpoczynamy od pięknego widoku na caluśką Barcelonę ze wzgórza Tibidabo…a nawet sporą część wybrzeża Hiszpańskiego. A od północnej strony dostrzec można malowniczo położony klasztor Montserrat z Czarną Madonną. Ale po kolei, wsiadamy w pociąć N7 i znajdujemy się na ostatniej stacji- Av. Tibidabo. Stąd możemy podjechać niebieskim tramwajem, a następnie kolejką zębatą( najstarszą w Hiszpanii z 1901r.) na samiuśki ponad 500m szczyt. Możemy, ale tego nie robimy zachowując magiczne euro na obiad i tym samym fundując sobie dwu godzinny spacerek. Po drodze małe dylematy, odnoście którą ścieżką podążać, aczkolwiek okazuje się że nie jesteśmy same… spotykamy nie kogo innego jak turystę z Polski :D Jako że w telefonie ma mapę bez większego problemu odnajdujemy ścieżkę i idziemy pod górę :D
Nazwa Tibidabo (dam Ci) odnosi się do historii kuszenia Jezusa przez szatana, gdy ten obiecywał oddać mu wszystkie wspaniałości świata. Jezus podołał zadaniu my natomiast poddajemy się urokowi miasta i zbiegamy ze wzgórza w celu dalszego zwiedzania.
Nasze kroki kierujemy do Muzeum Muzyki Katalońskiej. Naoglądałyśmy się ładnych zdjęć z wnętrza, poopowiadano nam o kształtach i kolorach jakimi tam można się zachwycać, więc jak tu nie wejść do takiego obiektu wpisanego nawet na listę UNESCO? A no można nie wejść jak się przyjdzie o 15 w niedzielę a tenże jest już zamknięty.
Tak więc, niespiesznie wąskimi uliczkami przemieszczamy się na południe w stronę portu. Akurat zachodzi słoneczko i cieszy nas spektakl latających mew na tle wracających do portu żaglówek. Kolejną zaplanowaną atrakcją na dziś jest jeszcze Oceanarium. Oglądnie rekinów wprawdzie trochę kosztuje (19eu) ale nie żałujemy. Tysiące ryb, rybek, rybeniek, morskie koniki i węże, ośmiornice, mnóstwo kolorów sprawia że dobrze się tak czujemy. Największą część oceanarium zajmuje basen z rekinami i płaszczkami. Szczególnie dobrze się prezentują gdy przepływają akurat nad nami :D Bo trzeba nam wiedzieć że basen częściowo znajduje się nad naszymi głowami, a my na ruchomej platformie przemieszamy się dookoła.
Trochę umęczone wrażeniami wracamy na mieszkanie. Nasi Meksykańscy przyjaciele nie myślą spać i udzielają nam lekcji latynoskich tańców :D
Koniec końców pijemy jeszcze winko i oglądamy filma „Biutiful” nakręconego w Barcelońskich sceneriach.