Dzień rozpoczynamy od zakupów w pobliskiej „fruteria”. Mango, mandarynki, banany i bardziej egzotyczne dla mnie owoce których nazwy nie pomnę spełnią rolę lunchu;) Przemierzamy całe Maspalomas w kierunku morza, w końcu kiedyś trzeba się wykąpać w oceanie;) Żółciutki piasek, niebiesko-zielona woda, ogromne fale i 28st C. Przez godzinkę bawimy się w wodzie, a Martin pilnuje naszych ubranek. Gdy już nam się nudzi zarządzamy spacer po wydmach. Piasek parzy w stopy, idąc pod górę czasami usuwa się spod nóg trzeba mozolnie próbować podejść od nowa. Najzabawniejsze jest to że za jedną wydmą jest kolejna! W końcu jest tu tego piasku sporo;) Zauważając że jesteśmy już nieźle opalony postanawiamy zmykać ze słońca i chowamy się w cieniu centrum handlowego Jumbo, a następnie delektujemy się obiadkiem w pobliskim Red Caw. Nie wiem skąd nazwa ale knajpka godna polecenia. Na deser kupujemy wino i czekoladę, już się ściemniło i ochłodziło więc wynurzamy się z ukrycia i spędzamy uroczy wieczór na leżakach nasłuchując fal.